„Chyba się Pani zbytnio nie napracowała…”

„Chyba się Pani zbytnio nie napracowała…”

Pamiętam jak dziś moment, kiedy 5 lat temu otworzyłam paczkę z Wydawnictwa Wolters Kluwer z kilkoma egzemplarzami mojej świeżo wydrukowanej książki „Advanced Legal English for Polish Purposes”.

Wspomnienie to wróciło, kiedy kilka dni temu otworzyłam paczkę z książką „Infographic Legal English”, z tym że teraz była to jedna ze 100 paczek, z których każda zawiera po 10 książek, czyli łącznie dotarło do nas 1000 świeżutkich książek prosto z drukarni.

Już sam ten fakt pokazuje, jaką drogę przeszłam przez te pięć lat. Wtedy, kiedy zaczynałam rozmowy z największymi wydawnictwami prawniczymi w Polsce, to one mogły mi odmówić. Żadne tego nie zrobiło, ale mogły. Teraz to ja mogłam odmówić im. Dzięki budowanej przez ostatnie lata społeczności, wiedziałam, że mogę już zaoferować drugie wydanie książki Advanced i nową książkę Infographic Legal English samodzielnie – w ramach self-publishingu. I choć nie porzucam współpracy z wydawnictwami zupełnie, gdyż mam w planach kolejną publikację, którą możemy przygotować wspólnie na partnerskich zasadach, to jednak self-publishing był już od dłuższego czasu moim marzeniem i celem.

Czemu w ogóle o tym piszę? Zainspirowała mnie do tego rozmowa z osobą, która przez zupełny przypadek była jedną z pierwszych, które miały moją świeżo wydrukowaną książkę w rękach. Tak się złożyło, że opowiadałam jej pełna entuzjazmu o moich kolejnych planach: internetowym kursie Advanced Legal English for Polish Purposes, innowacyjnym kursie z tłumaczenia prawniczego, podręczniku opartym na przetłumaczonych wzorach polskich umów, podcaście itp. i zakończyłam stwierdzeniem, że chyba już wystarczy, bo mogłabym opowiadać o swoich planach i pomysłach godzinami, po czym stwierdziłam, że całe szczęście nie jest to tylko opowiadanie i właściwie zdecydowaną większość skutecznie realizuję, choć najczęściej zbyt optymistycznie zakładam termin ich ukończenia i np. w przypadku tej książki przesunięcie czasowe w stosunku do moich założeń to jakieś pół roku. Na to usłyszałam: „No tak, ale w przypadku tej książki to chyba się Pani zbytnio nie napracowała, przecież to głównie praca grafika.”

Jestem bardzo wdzięczna za to zdanie, bo nawet nie przyszło mi wcześniej do głowy, żeby komuś opisywać ten proces, który doprowadził mnie do tego momentu, że trzymałam w rękach z dumą i radością swoją drugą książkę jako self-publisher, wyjmując ją z jednej ze stu paczek, który przyjechały do nas bezpośrednio z drukarni i nota bene ważyły podobno 1,5 tony.

No więc, jak się znalazłam w tym miejscu i czy rzeczywiście się nie napracowałam? Może kogoś to zainteresuje. Hmmm, tylko zastanawiam się, jak daleko w przeszłość mam sięgać. Bo tak naprawdę to ta historia zaczęła się jak miałam 17 lat i byłam na pierwszych wakacjach z moim – wtedy chłopakiem – a teraz mężem. To tam zrodził się mój nowy portal www.free-english.pl, to tam zrodził się Legal English Expert i wszystkie książki, które już napisałam i jeszcze napiszę. Choć oczywiście wówczas nie miałam o tym pojęcia.

Zarówno do centrum, jak i do morza mieliśmy spory kawałek, więc dużo spacerowaliśmy. Wykazywałam już wtedy jakieś zainteresowanie angielskim, więc z ogromną chęcią przystałam na zabawę polegającą na tym, że podczas tych długich spacerów Piotrek pytał mnie o angielskie nazwy różnych otaczających nas rzeczy.

Mieszkaliśmy w małym mieście w województwie świętokrzyskim – w Końskich. W podstawówce miałam jakiś tam angielski raz w tygodniu (nie od początku, bo w pierwszych klasach uczyłam się tylko rosyjskiego), a w liceum, po którego drugiej klasie właśnie byłam – nauczyciele angielskiego prezentowali poziom żenujący – od pani, która była tak naprawdę nauczycielką fizyki, ale spędziła ileś tam lat za granicą i na tej podstawie uczyła też angielskiego, po drugą, która miała zwyczaj wyjmowania z torebki szczotki do włosów i rozczesywania swoich pięknych blond włosów podczas lekcji, co absorbowało ją niewątpliwie bardziej niż nasze przyszłe umiejętności posługiwania się angielskim. W naszym mieście nie było wtedy żadnej szkoły językowej, ani nawet dobrego nauczyciela, który by udzielał prywatnych lekcji z angielskiego. Piotrek, z jego genialną pamięcią, która rekompensowała braki odpowiednich nauczycieli, był wtedy dużo lepszy z angielskiego niż ja.

Myślałam jednak wtedy na tych wakacjach, że jednak znam jakoś tam angielski, przecież na lekcjach, które miałam, dostawałam zawsze piątki. I wtedy zderzyłam się z rzeczywistością, wtedy uzmysłowiłam sobie, jak bardzo robienie jakichś ćwiczeń z podręcznika i uczenie się regułek gramatycznych odbiega od prawdziwego życia. Piotrek pytał mnie o najprostsze rzeczy: motyl, kamień, trawa, ciężarówka… a ja ich nie wiedziałam… A on miał do mnie tyle cierpliwości, po prostu mnie uczył – słówko za słówkiem, wskazując palcem na kolejne rzeczy na naszej drodze. Tym teraz jest www.free-english.pl – moją wdzięcznością za tamto doświadczenie wyrażoną tym, że wskazuję innym palcem słówka z angielskiego i uczę z cierpliwością i konsekwencją choćby najbardziej podstawowych słów. Jest też pamiątką tamtego wspomnienia, przypomnieniem drogi, jaką przeszłam.

Paradoksem w sumie było to, że to właśnie po tych wakacjach zdecydowałam się zdawać na anglistykę. I to na jedną z najbardziej obleganych uczelni – Uniwersytet Warszawski (młodszym czytelnikom przypominam, że wtedy były egzaminy na studia niezależne od matury). Wcześniej nie miałam jasno określonego planu na studia i swój przyszły zawód. A teraz miałam. Można by rzecz, że dość nierealny, prawda? No właśnie, ciężko byłoby zliczyć, ile razy usłyszałam, że nie mam szans, że dziewczyna z małego miasta nie powinna się w ogóle pchać na tak oblegany kierunek, że tam to dostają się tylko ci, co zapłacą łapówkę lub mają znajomości i tym podobne. W każdym razie wystarczyłoby, żeby się poddać. To był pierwszy raz. Ten pierwszy raz, kiedy słyszałam naokoło, że nie mam szans i że w ogóle nie warto próbować. Pierwszy z wielu. Z bardzo wielu.

Co zrobiłam? W trzeciej klasie liceum (były wtedy cztery klasy) dojeżdżałam do sobotę do Kielc (40 km) do szkoły językowej i uczyłam się bardzo intensywnie angielskiego samodzielnie w domu. W czwartej klasie oprócz dojeżdżania w soboty do Kielc dojeżdżałam też w niedziele do Warszawy na kurs przygotowujący do egzaminu na studia. W Kielcach w międzyczasie zdałam FCE i zdobyłam pierwsze miejsce w konkursie wiedzy o Anglii, by zdobyć spore dofinansowanie na dwutygodniowy wyjazd na kurs językowy do Anglii.

Skutek w sumie łatwo już teraz przewidzieć. Tak, dostałam się na wymarzone studia i skończyłam je z bardzo dobrymi wynikami. Tamtym życzliwym ludziom z Końskich buzie się pozamykały, ale otworzyły się innym. Na studiach panowało ogólne przeświadczenie, że każdy może być lektorem. Pracy dla lektorów angielskiego w Warszawie jest mnóstwo, większość osób dorabiała sobie jako lektor już od 2 czy 3 roku (ja także). Ale mi się marzyło, żeby być tłumaczem, a najlepiej to już przysięgłym. Wtedy to brzmiało dla mnie jak jakiś tytuł hrabiowski 🙂 I co słyszałam na prawo i lewo? Czy ktoś mi powiedział: oczywiście, że możesz, jak będzie Ci bardzo na tym zależało i włożysz w to odpowiednio dużo pracy? No oczywiście, że nie. Słyszałam wszędzie, że to bardzo trudne, że rynek tłumaczy jest nasycony, że trudno o zlecenia, a jeśli już to za głodowe stawki, a żeby się załapać do pracy w biurze tłumaczeń na miejscu to już w ogóle graniczy z cudem, bo wszyscy zlecają na zewnątrz. A już przysięgły, no halo, przecież wiadomo, jak trudny jest egzamin i jak niewielki procent osób go zdaje, po co się w ogóle porywać z motyką na słońce?

To make a long story short: Na czwartym roku znalazłam pracę w biurze tłumaczeń na miejscu w ich siedzibie na część etatu, a od piątego roku, kiedy już zajęcia na uczelni mi na to pozwoliły na cały etat. To była praca moich marzeń, choć pracę lektora też wykonywałam cały czas równolegle. Szczerze, to pracę lektora polubiłam tak w 100% dopiero, kiedy zaczęłam uczyć prawników 🙂

I dokładnie tak, jak kiedyś postanowiłam, że zdam na anglistykę do Warszawy, nie znając podstawowych słów w języku angielskim, tak zaczynając tę pracę postanowiłam zostać tłumaczem prawniczym i przysięgłym, nie znając podstawowych słów z prawniczego angielskiego.

Nigdy nie zapomnę pierwszego dnia w pracy (tak, tej wymarzonej, na której mi bardzo zależało), kiedy posadzono mnie przed komputerem z moim pierwszym tekstem do tłumaczenia, a był to tekst prawniczy, bo większość tekstów w tamtym biurze była realizowana dla klientów instytucjonalnych typu urzędy czy ministerstwa i bardzo dużo z nich dotyczyło przepisów unijnych lub polskich. No więc usiadłam dość pewna siebie – no bo przecież byłam na czwartym roku anglistyki – czytałam Szekspira i robiłam analizy dyskursu – przed tym komputerem, a za moimi plecami stanął szef. Był bardzo miły, sam był tłumaczem, nie miał złych chęci. Stał za moimi plecami patrząc na mój monitor, a ja miałam tłumaczyć.

I tak jak w Kołobrzegu przekonałam się, że wcale nie znam angielskiego, choć myślałam że znam, tak w tej pierwszej pracy jako tłumacz z szefem za plecami, ponownie przekonałam się, że wcale nie znam angielskiego, choć myślałam, że znam… Jakoś Szekspir i literaturoznawstwo, a nawet zajęcia z przekładu, które głównie dotyczyły teorii przekładu, nie pomogły w przetłumaczeniu choćby kawałka tekstu prawniczego.

Jakimś cudem szef mnie nie wyrzucił, ale pokazał, jak szukać specjalistycznych terminów w pamięci tłumaczeniowej i bazie prawa unijnego. Chłonęłam tę wiedzę jak gąbka, bo już wtedy zaczęłam w niej dostrzegać swoją prawdziwą pasję. Po jakiś czasie zostałam liderem zespołu, podczas tamtej pracy też skończyłam studia podyplomowe z przekładu prawniczego IPSKT (na których potem przez 5 lat byłam wykładowcą) i zdałam ten owiany taką grozą egzamin na tłumacza przysięgłego.

Kiedy po pewnym czasie już po ukończeniu kolejnych studiów podyplomowych – tym razem z Prawa Europejskiego i pewnym etapie pracy jako freelancer, zdecydowałam się otworzyć swoją stacjonarną szkołę prawniczego angielskiego, czułam się już w tym temacie jak ryba w wodzie.

A jednak czegoś mi brakowało. Łapałam wszystkie dostępne materiały do Legal English, sporo nauczyłam się na studiach podyplomowych, zdałam z wyróżnieniem egzamin ILEC, miałam w małym paluszku książkę International Legal English i jej podobne, a jednak, a jednak… Tak mówiłam już wcześniej o paru przełomowych momentach w swoim życiu, ale to było nic w porównaniu do tej magicznej chwili, kiedy pierwszy raz otworzyłam kodeks cywilny Luizjany!!!

Akurat mogę świetnie Wam zobrazować, jak się wtedy czułam, bo wczoraj właśnie moja 7-letnia córka wyrażała podobne emocje, kiedy samodzielnie rozszyfrowała tajemny kod, który ma pomóc bohaterom książki dotrzeć do skarbu (nota bene najlepsza seria książek do nauki angielskiego dla dzieci – a już sporo wypróbowałyśmy – Super Minds).

Dokładnie tak się wtedy poczułam, czytając pierwszy raz w życiu kodeks cywilny Luizjany – jakbym właśnie rozszyfrowała tajemny kod prowadzący do ukrytego skarbu. Ani na anglistyce, ani w biurze tłumaczeń, ani na studiach podyplomowych w IPSKT nikt mi o tym nie powiedział, że to istnieje i to jest taki skarb. Potem, jak już byłam wykładowcą w IPSKT, to była dość powszechna wiedza, ale kiedy byłam tam słuchaczką, nikt nam o tym nie mówił i nie wykorzystywał na zajęciach źródeł z Luizjany.

Dowiedziałam się o Luizjanie i o tym, że jest jedynym stanem, który nie ma prawa zwyczajowego, a prawo oparte na prawie rzymskim i o wiele bardziej zbliżone do prawa polskiego niż prawo angielskie czy prawo w innych amerykańskich stanach przez „przypadek”, który lubię teraz nazywać „synchronią”. A może i ktoś gdzieś tam o tym mówił mimochodem, może gdzieś wcześniej o tym usłyszałam czy przeczytałam? Nie wiem. To co pamiętam na 100% to to, że nawet jeśli ktoś o tym wspominał czy pisał, to nigdy nie było to przedstawiane jako informacja AŻ TAKIEJ WAGI – dlatego pamiętam dokładnie ten moment, kiedy coś, co czytałam, skłoniło mnie do poszukania w internecie autentycznych aktów prawnych z Luizjany. Wtedy oczywiście już byłam dość dobrze zaznajomiona z takim aktami prawnymi jak polski kodeks cywilny, polski kodeks postępowania cywilnego czy polski kodeks spółek handlowych i kiedy zaczęłam czytać kodeks cywilny Luizjany widziałam od razu te niesamowite podobieństwa, których ze świecą można szukać gdzie indziej.

I od tego właśnie zaczęła się moja przygoda z przygotowywaniem materiałów do nauki Legal English na podstawie autentycznych aktów prawnych, z głównym naciskiem na prawo Luizjany. Najpierw były to handouty na zajęcia do kancelarii i w mojej szkole, potem zrobił się z tego cały kurs, a wreszcie książka „Advanced Legal English for Polish Purposes”.

I tu dochodzimy do sedna. Książka Advanced była ukoronowaniem ładnych paru lat mojej fascynacji prawniczym angielskim i pracy na wszystkich frontach w kierunku tego, by móc kiedyś powiedzieć o sobie Legal English Expert. Dlatego tak lubię tę nową nazwę mojego portalu, bo ze spokojnym sumieniem mogę nazwać siebie Legal English Expert, nie THE Legal English Expert, ale A Legal English Expert – jeden z wielu, nie jedyny, nie najlepszy, ale zdecydowanie godny tego tytułu po przejściu do niego takiej drogi, jaką przeszłam. Od nastolatki, która nie wiedziała, jak nazywają się po angielsku podstawowe otaczające ją przedmioty do tłumaczki, która tłumaczy teksty prawnicze w tempie ekspresowym, bo większość ich jest dla niej patently obvious. I kiedy czasem ktoś napisze mi w komentarzu pod filmikiem, że nie podoba mu się mój akcent, to tylko uśmiecham się pod nosem, bo ja dobrze wiem, że to jaki mam teraz akcent i umiejętności posługiwania się angielskim – zważywszy na to, że zaczęłam się go tak na serio uczyć w wieku 17 lat – to jest coś, co graniczy z cudem. I wiem, że non-stop się rozwijam, nie stoję w miejscu. Wiem, że nie mam akcentu jak native speaker i nigdy nie będę mieć, ale wiem, z jakiego miejsca startowałam i do jakiego doszłam i jedyne porównanie, jaki robię, to porównanie: ja z wtedy vs. ja z teraz, a nie np. porównanie mojego akcentu teraz do akcentu, jaki moja córka – która uczy się angielskiego praktycznie od urodzenia – będzie miała w moim wieku albo do akcentu, który ma osoba, która urodziła się i wychowała w Anglii.  

Lubię nazwę Legal English Expert też z innego powodu: takiego, że swój sklep internetowy z książkami i kursami mogłam nazwać BECOME A LEGAL ENGLISH EXPERT. Bo to o Was tu chodzi. Ja autentycznie aż się palę do tego, żeby się z Wami podzielić swoją pasją i wiedzą.

Pamiętacie, jak wyżej pisałam o tych „życzliwych” ludziach, którzy mi wmawiali np. że nie mam szans dostać się na wymarzone studia czy zostać tłumaczem przysięgłym? No to zdradzę Wam sekret: to się wcale nie skończyło… Najnowszy argument „życzliwych”, z jakim się spotykam na tym etapie, na którym jestem obecnie, to: „A ty się nie boisz tak dzielić wiedzą, zdradzać wszystkiego co wiesz, przecież wychowujesz sobie konkurencję albo przecież klienci, których nauczysz prawniczego angielskiego, nie będą już potrzebować twoich usług, bo sami sobie wszystko napiszą po angielsku?” Albo „Nie boisz się zdradzać swoich planów, pomysłów publicznie, przecież ktoś może je ukraść?”

Co do tego drugiego argumentu, to podobno Walt Disney zapytany, czy nie boi się, że ludzie będą kopiować jego pomysły, odpowiedział:

„Nie ma się czym martwić! Będziemy wymyślać nowe pomysły szybciej niż ktokolwiek będzie w stanie je kraść.”

Tak, mam jeszcze milion pomysłów, jak podzielić się z Wami moją wiedzą, jak nauczyć Was tego, co ja już wiem. I nie boję się dzielić swoją wiedzą. Ja to kocham.

Nawet nie wiesz, jaką ogromną przyjemność mi to sprawia, kiedy pod koniec kursu, który prowadzę, widzę zniecierpliwienie czy znudzenie na twarzach uczestników kursu, kiedy na moje pytanie o cztery odpowiedniki na „naruszenie” lub cztery odpowiedniki na „wszczęcie”, recytują z absolutną pewnością i bez chwili zastanowienia: breach, violation, infringement, default; initiation, instigation, institution, commencement…  Tak, ja chcę, żeby to było dla Was tak oczywiste, że aż nudne! Rozumiecie? Taki jest mój cel, możecie też nazwać to misją. Jest to tylko jedna z moich życiowych misji, jeden z życiowych celów, nie jedyny, ale jednak jeden z topowych 🙂 Buntuję się przeciwko sytuacji, kiedy widzę osoby, które pomimo skończonych już jakichś kursów z Legal English wciąż muszą SIĘ ZASTANAWIAĆ, jak by tu powiedzieć po angielsku: prawo rzeczowe, sporny, wartość przedmiotu sporu, rażące niedbalstwo, zniesławienie, zastawca, umowa nazwana, czynność prawna, statut spółki, zasiedzenie, sporządzić, użytkowanie wieczyste, bez zbędnej zwłoki, komandytariusz, spółka jawna, spowodować szkodę itd.

A to powinno być takie oczywiste dla osoby, która faktycznie chce posługiwać się angielskim w mowie czy piśmie w kontaktach z anglojęzycznymi klientami czy dla osoby, która chce tłumaczyć teksty prawnicze. Te 1000 angielskich słów i wyrażeń, które umieściłam w nowej książce Infographic Legal English, to powinny być słowa i wyrażenia które są dla Was OCZYWISTĄ OCZYWISTOŚCIĄ, one powinny być wszystkie PATENTLY OBVIOUS! Tak jak dla osoby, która twierdzi, że zna angielski, oczywiste powinno być jak powiedzieć po angielsku motyl, trawa czy kamień, tak dla osoby, która jest przekonana, że zna Legal English powinno być oczywiste jak powiedzieć po angielsku: spółka jawna, sporny czy prawo rzeczowe.

Tą książką chciałam, by osoby, dla których te rzeczy nie są oczywiste, otworzyły oczy, tak jak ja otworzyłam oczy wtedy w Kołobrzegu i wtedy w pierwszej pracy z szefem stojącym mi za plecami, i odpowiedziały sobie na pytanie, czy faktycznie znają Legal English? Czy po dotychczasowej nauce, kontakcie z tym rodzajem angielskiego w pracy czy na studiach, faktycznie mają W GŁOWIE podstawowy zasób słownictwa, które pojawia się nagminnie we wszystkich możliwych książkach, aktach prawnych, umowach? Tak, żeby można było tylko przez ułamek sekundy sięgnąć do pamięci i mieć te odpowiedniki i móc ich od razu użyć?

Za często widziałam, że to tak nie wygląda. Za często widziałam, jaką trudność sprawia przypominanie sobie tych, nota bene, podstawowych słów i wyrażeń. I stąd pojawił się pomysł, by WAM to jeszcze bardziej ułatwić. W sumie to na tym, odkąd prowadzę szkołę Legal English, cały czas się koncentruję – na tym, by jak najbardziej ułatwić Wam ten proces, by jak najbardziej usprawnić ten proces nauki, by go skrócić, zwiększyć jego efektywność, a jeszcze lepiej zarazić Was tą miłością do Legal English. No dobra, bądźmy szczerzy, to ostatnie nie udaje mi się aż tak często, ale te pierwsze jak najbardziej. Po to właśnie była Luizjana, by Wam przybliżyć te nieprzystawalne systemy, by znaleźć coś, co będzie dla nas bardziej swojskie i lepiej pasujące, po to były metody, które zastosowałam po raz pierwszy na szkoleniu z umów, a potem wprowadziłam jako stały element każdych zajęć w naszej szkole – lista słówek z pierwszymi literami i przepytywanie się w parach, utrwalanie ich sobie całą grupą. Bo czułam niedosyt – czułam niedosyt przed Luizjaną (bo czemu mamy się uczyć słówek z zupełnie nieprzystawalnych systemów?), czułam niedosyt przed wprowadzaniem nauki i powtarzania terminologii już na zajęciach (bo czemu wszyscy się nie uczą tego, co było na zajęciach, w domu?), czułam niedosyt przed uruchomieniem bloga (bo czemu by nie dzielić się swoją pasją i wiedzą regularnie i z większym gronem osób?), czułam niedosyt przed wprowadzeniem kursu internetowego (bo czemu osoby z innych miast czy pracujące w tak nieregularnych godzinach, że nie mogą sobie pozwolić na kurs w tych samych dniach i godzinach każdego tygodnia, miałyby nie mieć szansy uczyć się w dowolnym miejscu i czasie?), i czułam niedosyt teraz przed wydaniem książki Infographic Legal English (bo czemu te TAK BARDZO NIEZBĘDNE odpowiedniki nie są już dla Was super oczywiste?).

To z tego „niedosytu”, czyli ciągłego pragnienia rozwoju siebie i Was wynikały wszystkie moje działania zawodowe na przestrzeni ostatnich 11 lat – czyli od kiedy istnieje moja firma.

Tak jak książka Advanced była ukoronowaniem tych wszystkich lat od tego pamiętnego momentu w pierwszej pracy do momentu jej wydania, kiedy to już byłam po skończonej anglistyce, dwóch rodzajach studiów podyplomowych, tłumaczem przysięgłym i wykładowcą na UW (a dodam jeszcze, że kiedy podpisywałam umowę z wydawnictwem moja córka miała roczek, a jak książka się ukazała, miała dwa lata), tak książka Infographic Legal English jest ukoronowaniem trzech lat, jakie minęły od momentu, kiedy założyłam bloga o Legal English. Ta książka jest zbiorem infografik, które pokochałam miłością tak samo szczerą, jak kiedyś pokochałam Luizjanę – a pokochałam infografiki właśnie podczas prowadzenia bloga, a potem tworzenia kursu internetowego. Miałam już feedback od Was i wiedziałam, że to Wam pomaga, ale chciałam pójść o krok dalej. Zebrać wszystkie ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE dla każdego prawnika i tłumacza zwroty i wyrażenia prawnicze w JEDNYM ŁATWO DOSTĘPNYM miejscu, w formie graficznej maksymalnie zapadającej w pamięć. I stąd właśnie tak oryginalna forma graficzna z ludzikami z fryzurami nawiązującymi do naszego logo, i stąd tak przejrzysty podział na poszczególne działy, i stąd pomysł dodatkowych materiałów do książki online: nagrań native speakera, fiszek, testów do ćwiczenia pisowni (tylko do 22 czerwca te materiały są w cenie książki, później trzeba będzie za nie dodatkowo dopłacić). To wszystko po to, żeby Wam jeszcze bardziej ułatwić opanowanie Legal English, by było to naprawdę skuteczne opanowanie tych zwrotów, by były one w Waszych głowach dostępne w czasie krótszym niż pstryknięcie palcami – o tak, bez żadnego „yyyy”, „no tak, gdzieś to już było”.

Ta książka to jest Wasz FUNDAMENT, RDZEŃ, BAZA – nie idźcie bez niej dalej, opanujcie ją tak naprawdę, tak by umieć to wszystko bez zająknięcia. Dałam Wam w tym celu wszystko najlepsze, co przyszło mi do głowy: formę graficzną łatwo zapadającą w pamięć, oryginalny podział na części z innym kolorem na każdą część, by dodatkowo pamiętać, w jakim dziale znajdował się dany termin, nagrania wymowy, których możecie słuchać gdziekolwiek i utrwalać sobie tę terminologię, interaktywne fiszki, by utrwalać, utrwalać, utrwalać, testy, by samodzielnie wpisywać te słowa.  

No tak, i pomyśleć, że jak zaczynałam pisać ten tekst, zainspirowana „Chyba się Pani zbytnio nie napracowała…”, to w ogóle nie zamierzałam cofać się aż tak bardzo wstecz w mojej historii. W sumie to planowałam zacząć opisywanie Wam tej historii od momentu, kiedy założyłam bloga 3 lata temu – od tego, jak czytając książkę znanego blogera pierwszy raz w życiu dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak WordPress, i o tym, jak z Pawłem, który ze mną pracuje, tworzyliśmy naszą pierwszą stronę w tym systemie, przy czym żadne z nas nie jest informatykiem, a teraz i www.legalenglishexpert.pl i www.free-english.pl to strony stworzone przez nas samodzielnie (zlecone były tylko tak zaawansowane rzeczy jak stworzenie sklepu internetowego z systemem do kursów internetowych czy stworzenie dedykowanej wtyczki do zliczania częstotliwości występowania poszczególnych terminów w oryginalnych aktach prawnych zastosowanej w moim słowniku), miałam Wam pisać o tym, jak budowałam społeczność, ile mnie to kosztowało, żeby robić regularnie wpisy, realizować nowe pomysły (np. słownik, kursy online, free-english, nowa książka Infographic Legal English), cały czas wykonując równocześnie tę samą pracę, którą wykonywałam wcześniej przed założeniem bloga, czyli robiąc tłumaczenia, prowadząc lekcje z prawniczego angielskiego i prowadząc szkołę językową, miałam Wam napisać o samym procesie tworzenia tej nowej książki – o stopniowym przesyłaniu grafikowi kolejnych działów na przestrzeni wielu miesięcy, bo przesłanie całości jednorazowo było niemożliwe do pogodzenia z moimi zwykłymi zajęciami, o tym, że ta wersja, którą weźmiecie w ręce jest siódmą wersją w moim folderze, o tym, w jakim byłam szoku, kiedy dowiedziałam się, że skoro chcę książkę w pełnym kolorze w świetnej jakości, to muszę drukować drukiem offsetowym, a przy takim druku minimalna opłacalna dla mnie liczba egzemplarzy to 1000, bo 500 czy 750 i tak kosztuje prawie tyle samo łącznie co 1000, a żeby wydrukować te 1000 egzemplarzy na grubym papierze w pełnym kolorze w świetnej jakości muszę zapłacić jednorazowo 25.000 zł za ten druk (byłam w szoku, bo wcześniej już współpracowaliśmy z drukarnią w związku z moją działalnością w obszarze rozwoju osobistego i była możliwość zamówienia 50 czy 100 sztuk, ale to był druk cyfrowy, a tu się okazało, że potrzebny jest offsetowy) i jakoś tak nie miałam na kupce 25 tyś, które mogłabym przeznaczyć na druk i cały projekt zawisł chwilowo pod znakiem zapytania, a potem wpadłam na pomysł największej promocji w historii portalu – zrobiłam bardzo ryzykowny krok, oferując kurs internetowy za pół ceny – za 322,5 zł, chociaż miałam 100% pewność, że wiedza tam zawarta jest warta dużo więcej, ale zrobiłam to dla tej książki. A żeby w ogóle móc zrobić taką promocję, to musiałam ten kurs już mieć (a to ile czasu i energii poświęciliśmy z Pawłem, żeby go stworzyć, to jest historia co najmniej na kolejny taki wpis). I tak dzięki Wam – dzięki osobom, które kupiły ten kurs w tej promocji – druk książki okazał się realny.

I oto jest – moja druga książka – książka, której treść układała się w mojej głowie tak naprawdę na przestrzeni 11 lat prowadzenia przeze mnie zajęć z prawniczego angielskiego oraz trzech lat prowadzenia bloga na temat prawniczego angielskiego. Ta treść pochodzi w 100% z praktyki i obserwacji – obserwacji tego, jakich zwrotów i wyrażeń potrzebujecie w swojej pracy, jakie zwroty i wyrażenia najczęściej przewijają się w tekstach, z którymi macie do czynienia, o co mnie najczęściej pytacie, co jest Wam trudno zapamiętać, jakie błędy często popełniacie. Dla przykładu dział Common Mistakes w tej nowej książce nie wynika z tego, że usiadłam miesiąc przed jej publikacją z jakimś słownikiem czy podręcznikiem do Legal English i wymyśliłam sobie, co może sprawiać trudności. Nie, i jeszcze raz nie. Ten dział, jak i cała książka, to wyłącznie rzeczy, które tysiące razy obserwowałam na prawdziwych lekcjach z prawdziwymi ludźmi – prawnikami i tłumaczami – wczuwając się w ich prawdziwe potrzeby i rozwiązując ich prawdziwe problemy.

Taka jest właśnie ta książka: prawdziwa, praktyczna i przydatna. Dla Was.

Nowe hasła w słowniku
i nowe wpisy na blogu
są dodawane
każdego tygodnia
Prezent za zapisanie się na newsletter
50 zdań po angielsku
przydatnych dla prawnika podczas rozmowy z klientem (tabele, audio, fiszki, test)
Anna Młodawska
anna.mlodawska@legalenglishexpert.pl

Autorka – Anna Młodawska – właścicielka Biura Tłumaczeń Prawniczych i Specjalistycznej Szkoły Legal English „Transkrypt”, tłumacz przysięgły języka angielskiego, lektor Legal English, autorka bestsellerowego podręcznika „Advanced Legal English for Polish Purposes”, absolwentka anglistyki UW, Interdyscyplinarnego Podyplomowego Studium Kształcenia Tłumaczy UW oraz Podyplomowego Studium Prawa Europejskiego UW, posiada wieloletnie doświadczenie w nauczaniu Legal English jako lektor we własnej szkole i w warszawskich kancelariach oraz jako wykładowca przekładu prawniczego w Interdyscyplinarnym Podyplomowym Studium Kształcenia Tłumaczy w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW